Patron honorowy

Już dawno temu głośno było 
 poruczniku Penconku ...
09 września 2019

      O poruczniku Janie Penconku na Wybrzeżu było głośno już podczas Wojny Obronnej w 1939 roku – Żołnierz jeszcze za życia został okrzyknięty bohaterem.

      Stało się tak po słynnym nocnym wypadzie na wieś Gowino pod Wejherowem w nocy z 7 na 8 września 1939 roku, gdzie kompania dowodzona przez porucznika Penconka w sile 80 ludzi rozbiła trzykrotnie liczniejszy niemiecki batalion.

Fot. 1. "Jan Penconek w czasie defilady w Wejherowie (?) na czele kompanii"

(opis z metryczki fot.)źródło: Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni; 

zdjęcie pochodzi od siostry Jana Penconka (doręczone w kwietniu 1965 r.

przez P. Lichodziejewskiego); data fot.: brak

 

      Bohaterski czyn 2. Kompanii 1 Morskiego Pułku Strzelców dał otuchę obrońcom Wejherowa, Redy i Kępy Oksywskiej.

      W następnych dniach harcerze z Wejherowskiej Ochotniczej Kompanii Harcerskiej przebijali się na Kępę Oksywską żeby stanąć dalej do walki u boku porucznika Penconka, który był dla nich wielkim autorytetem.

      W tych dramatycznych chwilach jeden z nich, Bolek Kłoczko, wypowiedział pamiętne słowa: „Ja idę do por. Penconka. To jest dowódca, za którym można iść nawet do piekła ! Ze szpitala uciekł ciężko ranny, z zabandażowaną głową, by dalej walczyć !”.

Po wojnie towarzysze broni pamiętali o legendarnym żołnierzu, który kulom się nie kłaniał.

 

      O Janie Penconku w jego miejscu urodzenia zaczęło być głośno dopiero 10 lat temu, kiedy w 70. rocznicę wybuchu II Wojny Światowej na murze cmentarza parafialnego w Powsinie odsłonięto poświęconą mu pamiątkową tablicę.

      Wcześniej niewiele osób słyszało o tej postaci.

 

      Inaczej było na Wybrzeżu – tam pamięć o poruczniku Penconku pielęgnowali jego przyjaciele, towarzysze broni i środowiska kombatanckie.

      Dotarliśmy do dwóch historycznych publikacji o poruczniku Penconku z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

 

      Zacznijmy od pierwszej z nich – jest nią artykuł autorstwa majora w st. spocz. Jana Jarzębowskiego pt. „Redłowo – Mogiła 505”.

Należy dodać, że mogiła „505” na Cmentarzu Obrońców Wybrzeża w Gdyni-Redłowie, gdzie został pochowany porucznik Penconek, obecnie nosi numer „255”.

 

      Oto treść wspomnianego opracowania opublikowanego na łamach „Dziennika Bałtyckiego” w czwartek, 3 września 1964 roku, w numerze 209.

Fot. 2. Fragment strony tytułowej „Dziennika Bałtyckiego”

z 3 września 1964 r. (numer 209), gdzie ukazał się artykuł

o por. Janie Penconku pt. „REDŁOWO - MOGIŁA 505”;

źródło: Biblioteka Narodowa w Warszawie

- witryna: Biblioteka Cyfrowa „POLONA”

(zbiory czytelni bibliotecznej)

 

 

Fot. 3. Artykuł o por. Janie Penconku pt. „REDŁOWO - MOGIŁA 505”

autorstwa mjr. rez. Jana Jarzębowskiego; 

„Dziennik Bałtycki” z 3 września 1964 r. (numer 209)

źródło: Biblioteka Narodowa w Warszawie

- witryna: Biblioteka Cyfrowa „POLONA”

(zbiory czytelni bibliotecznej)

 

„REDŁOWO – MOGIŁA 505

 

      Na cmentarzu bohaterów w Redłowie na najwyższym bodajże miejscu tegoż cmentarza czytamy: „Nr mog. 505 – Porucznik 1 M.P.S. – Jan Penconek – poległ na Kępie Oksywskiej w 1939 r.”.

      I to wszystko. Umarli milczą…

      Pierwszy raz nazwisko porucznika Penconka utkwiło mi w pamięci, gdy wywieziony do szpitala niemieckiego w Szleswigu zetknąłem się z rannymi, a między nimi ze strzelcem Wilhelmem Wilkiem, ślązakiem i żołnierzem z kompanii dowodzonej przez por. Penconka.

      Strzelec Wilk m.in. opowiadał o wypadzie por. Penconka na Gowino. Wypad ten w rzeczywistości miał miejsce w dniu 7. 9. 1939 r. Strzelec Wilk opowiadał o tym, jak podczołgał się nocą na skraj wsi Gowino, piętnaście kroków pod karabin maszynowy niemiecki, razem z dwoma kolegami, jak nieskończenie długi wydawał się czas, w którym musieli leżeć mocno przyciśnięci do ziemi, czekając z gotowymi do rzucenia granatami aż nieprzyjacielski karabin maszynowy zrobi przerwę w strzelaniu – jak wówczas rzucili w obsługę granatami uderzając na nią bagnetem. Strzelec Wilk z dumą opowiadał dalej swą gwarą śląską, jak to granatami robili Niemcom pobudkę w stodołach, jak to uciekających w bieliźnie pędzili przez wieś, jak na końcu wsi druga połowa kompanii wypadowej dokonała reszty dzieła, jak rozpaczliwie czynił wysiłki niemiecki dowódca batalionu, żeby opanować panikę, jak zdobyto cztery ciężkie karabiny maszynowe i trzy lekkie karabiny maszynowe, jak to osiemdziesięciu polskich żołnierzy dowodzonych przez por. Penconka rozbiło cały batalion niemiecki. On, strzelec Wilhelm Wilk był wśród nich – w dalszym bitwach został ranny w nogę.

      Drugi raz o czynach por. Penconka konkretnie dowiedziałem się, gdy jako przewodniczący komisji odznaczeniowej ZBoWiD Gdynia w szerszym gronie rozpatrywaliśmy wnioski o odznaczenia byłych obrońców Wybrzeża. Wpłynął także wniosek o nadanie pośmiertnie Virtuti Militari por. Janowi Penconkowi. Dla uzasadnienia tego wniosku komandor rez. Obertyński przedstawił opinię podpisaną przez dowódcę 1 MPS, podpułkownika Pruszkowskiego. Zachowany przeze mnie odpis tej opinii brzmiał: »Bohater pułku. Jako przykład – w ciężkiej sytuacji pod Sobieszynem dostał zadanie w razie załamania się kompanii czwartej wstrzymać Niemców na polanie Biała do czasu użycia odwodu. Poszedł z kompanią do uderzenia na batalion 1 pułku Osterreich’a, natarcie zatrzymał, mimo rany w głowę zdążył wysłać meldunek. Wyniesiony przez żołnierzy odmówił pójścia do szpitala oświadczając: „albo Virtuti albo drewniany”! Po utracie przytomności – odesłany do szpitala – uciekł. Objął ponownie dowództwo kompanii. Pod Dębogórzem i Kazimierzem poszedł na czele plutonu odwodowego w pomoc kompanii 3. W czasie uderzenia wdał się w pojedynek z majorem niemieckim, którego położył trupem. Zabity serią z lekkiego karabinu maszynowego, pogrzebany przez Niemców we wspólnym dnie nie dostał nawet drewnianego krzyża«.

      Uważam, że zbędne są dalsze komentarze. Ów „pojedynek” powtórzony mi w tych dniach przez płk Pruszkowskiego wyglądał według relacji jednego z podchorążych 1 M.P.S. w ten sposób: »W walce leśnej na zachód od Dębogórza dnia 13. 09. 1939 r. major niemiecki Diest na czele swego batalionu trafia na przeciwuderzenie grupy dowodzonej przez por. Penconka. Major Diest z karabinem w ręku, tak samo por. Penconek uzbrojony w karabin, po zauważeniu się wzajemnym zatrzymują się, z pozycji stojącej mierzą do siebie karabinami z odległości kilkudziesięciu metrów. Pierwszy strzał oddał Niemiec, chybił. Strzał por. Penconka powalił Niemca na ziemię, lecz z boku seria z karabinu maszynowego i zabity pada por. Penconek«.

      Nazwisko majora niemieckiego ustalone na podstawie dzieła niemieckiego kapitana Rechlina, który opisał walki na Wybrzeżu z 1939 r.

      - Umarli milczą… Lecz my, żywi, zobowiązani jesteśmy mówić o nich, mówić tak jak żyli, jak bohatersko walczyli i umierali po to, żebyśmy my mogli żyć…

      I dlatego głośno mówię: Mogiła nr 505 kryje bohatera pułku 1. Morskiego Strzelców, pułku wejherowskiego, który pod Wejherowem, pod Redą i na Kępie Oksywskiej piersiami swymi powstrzymał główną nawałę wroga w 1939 roku na nasze Wybrzeże.

 

Jan JARZĘBOWSKI

mjr rez.”

 

      Kolejne wspomnienie o Janie Penconku ukazało się w czasopiśmie „Za i przeciw” – wydanie z 17  listopada 1968 r. (Nr 46). Był to artykuł Wacława Tyma zatytułowany „Lądowa obrona wybrzeża morskiego”.

Fot. 4. Okładka czasopisma „Za i Przeciw” (wydanie nr 46)

z 17 listopada 1968 r., gdzie ukazał się artykuł

autorstwa Wacława Tyma pt. „Lądowa obrona wybrzeża morskiego”;

źródło: Biblioteka Narodowa w Warszawie

- witryna: Biblioteka Cyfrowa „POLONA”

(zbiory czytelni bibliotecznej)

 

Fot. 5. Fragment poświęcony por. Janowi Penconkowi w artykule 

Wacława Tyma pt. „Lądowa obrona wybrzeża morskiego” 

opublikowanym w czasopiśmie „Za i Przeciw” (nr 46) z 17 listopada 1968 r.; 

źródło: Biblioteka Narodowa w Warszawie

- witryna: Biblioteka Cyfrowa „POLONA”

(zbiory czytelni bibliotecznej)

 

      Czytamy w nim:

      „(…) Na Kępie ppłk Pruszkowski ze zdumieniem spotkał w taborze rannego por. Penconka, 8 września pozostawionego w stanie nieprzytomnym w wejherowskim szpitalu. Okazało się, że w szpitalu po kilku godzinach por. Penconek odzyskał przytomność i dowiedziawszy się, że już ostatnie patrole opuszczają miasto, zebrał dość sił, by w nocy przez okno potajemnie uciec ze szpitala. Napotkani żołnierze odtransportowali go do taboru na Kępie. Ppłk. Pruszkowskiemu, strofującemu go za lekkomyślne narażenie zdrowia, por. Penconek odpowiedział:

- Jestem żołnierzem służby stałej. Życie swe poświęciłem po to, by w decydującej chwili oddać je Ojczyźnie. Czyż mógłbym teraz, gdy Ojczyzna jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, spokojnie leżeć w szpitalu? Obowiązkiem oficera w takiej chwili jest walczyć do ostatniego tchu, aby zasłużyć na krzyż: albo Virtuti, albo drewniany. Będę walczył póki tchu w piersi, aby zdobyć albo pierwszy albo drugi.

      Zdanie „albo Krzyż Virtuti”, albo krzyż drewniany” stało się hasłem dla całego pułku, a por. Penconek pierwszy dawał przykład wierności temu hasłu. Mimo że jeszcze osłabiony, z obandażowaną głową (nie mógł nosić ani czapki, ani hełmu), ponownie objął dowództwo nad 2 kompanią. Kompania bowiem znowu była bez dowódcy, gdyż dowodzący nią w dniu 9 września kpt. Stanisław Kossek poległ walcząc na jej czele w lasach Zbychowa. Por. Penconek padł zabity 13 września w lesie Dębowa Góra (na północ od Dębogórza), gdy na czele swej kompanii liczącej już tylko 50 żołnierzy w kontrataku wdarł się głęboko w ugrupowanie wroga…(…)”. 

 

                                                               Grzegorz Kłos 

 

 

 

POWRÓT